Redakcja FightSport.pl
| Moja pierwsza walka - Marcin Naruszczka! |
|
|
| Czwartek, 05. Styczeń 2012 09:36 |
|
Mimo to wspomnienia są jak najbardziej pozytywne i dość zabawne patrząc z dzisiejszej perspektywy. Swoją pierwszą walkę stoczyłem jakieś cztery pięć lata temu w Toruniu oczywiście była to walka amatorska, na jednych z nielicznych wtedy zawodach. Byłem wtedy na czwartym roku studiów, życie towarzyskie kwitło piękna wiosna śliczne studentki i masa rożnych imprez. Ale do rzeczy: trenowałem wówczas w Arrachionie Olsztyn pod okiem Szymona Bońkowskiego. Pamiętam jak dziś, że Boniek - mój ówczesny trener, zakomunikował nam za 1,5 miesiąca zawody trzeba ostrzej potrenować. Na co ja i mój przyjaciel Michał Szuliński w rozmowie między sobą: "trzy tygodnie prawie bez imprez, złapiemy formę będzie super". Taką wiedzę w tamtym czasie miałem na temat przygotowań. I tak mijał czas a my na treningu codziennie i na wszystkich olsztyńskich dyskotekach też. Nadeszły te trzy ostatnie tygodnie i ostre postanowienie - żadnego imprezowania. Minął tydzień ostro trenujemy forma nie rośnie... drugi tydzień ostro trenujemy przestraszeni. Forma rośnie a ostatni tydzień my trenujemy chłopaki odpoczywają, zawody są w sobotę jest czwartek a kto jest z Olsztyna to wie, że w czwartki w tym mieście zawsze się dzieje, oj tak. No i stało się...wypad na kole do klubu, ktoś namówił na piwko, ktoś inny na buszka i poszliśmy po grubasie! Ja skończyłem z dwiema koleżankami i moim dobrym kolegą "Mieczykiem" u mnie w akademiku a Michał poleciał dalej, sam nie pamiętał już gdzie. Piątek był straszny, głowa bolała i jedna myśl - co teraz zrobić? Jechać nie jechać. Po południu spotkaliśmy się z Michałem krótka rozmowa szybka decyzja z buzi tyłka nie zrobimy co będzie to będzie... jedziemy! Sobota była straszna, nie dość, że w majtach pełno, bo nie wiesz co cię czeka to jeszcze w pamięci ten ostry czwartek który na pewno swoje dobre dla organizmu zrobił. Z zawodów za dużo nie pamiętam, tylko urywki swojej walki byłem strasznie zestresowany. Walka wypadła nawet o dziwo pomyślnie, dostałem boksera którego chciałem cepami pobić więc szybko zaliczyłem dechy po piękne akcji kontrującej. Problem mojego rywala polegał na tym, że nie potrafił wykończyć nokdaunu. Wynikało to z braków wytrenowania parteru i zapasów. Po radach Bońka szybko to wykorzystałem, prowadząc dalszą część walki w parterze. Wynik końcowy był szczęśliwym remisem a zmęczenie takie jak bym stoczył dziesięć a nie jedną walkę. Po tym ciężkim przeżyciu już zawsze solidnie przygotowuje się do wszystkich zawodów a imprezy lubię jak lubiłem ale w swoim czasie i przed walkami zdecydowanie nikomu nie polecam. To tyle i do usłyszenia. Pozdrawiam.
|